Mieszkańcy wyzwolonego Chersonia: dzięki Bogu, że ten koszmar się zakończył i wróciło nasze państwo

Mieszkańcy wyzwolonego Chersonia: dzięki Bogu, że ten koszmar się zakończył i wróciło nasze państwo, fot. Getty Images/NurPhoto/Artur Widak
podpis źródła zdjęcia

„Chersoń to Ukraina”, „Ciągle nie możemy uwierzyć w nasze szczęście”, „Dzięki Bogu, że ten koszmar się zakończył, orki stąd odeszły i wróciło nasze państwo” – oznajmiali ludzie na centralnym placu Chersonia. Orkami nazywa się tu rosyjskich żołnierzy.

Tydzień po wycofaniu się z Chersonia na południu Ukrainy rosyjskich wojsk okupacyjnych mieszkańcy tego miasta nadal z entuzjazmem witają ukraińskich żołnierzy i licznie gromadzą się w centrum miasta, by wyrazić radość z porażki wroga. 


Wjazd do miasta jest zamknięty, gdyż wojsko prowadzi działania zabezpieczające, które polegają na rozminowywaniu budynków i poszukiwaniu rosyjskich dywersantów. Z tego powodu dziennikarze mogą tam się dostać jedynie w ramach zorganizowanych wyjazdów grupowych pod kuratelą ukraińskiego MSW i Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Takie wycieczki wyruszają z Mikołajowa. 


Przedmieścia Chersonia i znajdujące się tam supermarkety i domy prywatne są zrujnowane przez pociski. Na ulicach co kilkadziesiąt metrów można jednak zobaczyć niewielkie grupy ludzi, którzy radośnie machają do autobusów z dziennikarzami, prowadzonych przez wóz policyjny. 


Pierwszy przystanek to sosnowy skwer przy ulicy Naftowyków. Policjanci informują, że pochowano tu członków ukraińskiej obrony terytorialnej, którzy zginęli w trakcie starć z okupantami. Na razie dokładnie nie wiadomo, ilu ludzi tu leży. Kilkunastu już ekshumowano. Szczegóły ustalają pracujący za biało-czerwoną taśmą policyjną śledczy. 


Z bram domów po drugiej stronie ulicy wyglądają mieszkańcy. „Niewiele wiem o tych grobach, bo w okupacji nikt specjalnie nie wysuwał nosa z własnego podwórka. Ale słyszałem strzały i widziałem, że chowani tam ludzie mieli na rękach opaski. Potem ich bliscy postawili tam krzyż z ikoną” – mówi dziennikarzom pan Anatolij. 


Organizatorzy pokazują prasie areszt śledczy, z którego Rosjanie wypuścili – jak szacuje strona ukraińska – 300 więźniów. Potem przesłuchiwali tu niepokornych Ukraińców, może też schwytanych partyzantów. Na dziedzińcu aresztu stoją zniszczone pojazdy ukraińskiej policji, a w garażach stoją muszle klozetowe i pralki. Ukraińcy od początku wojny dziwią się, że muszle i sprzęt AGD to rzeczy, które rosyjskie wojsko szabruje w ich kraju. 


Przed aresztem gromadzą się dzieci. Jedno z nich przychodzi z ukraińską flagą na patyku. Inne z dumą pokazuje naszywki, podarowane przez ukraińskich żołnierzy. Wszystkie witają się głośnym „Sława Ukrainie!”. 


Na Placu Wolności w centrum Chersonia zgromadziły się tłumy. Dziewczyny i chłopcy z niebiesko-żółtymi flagami śpiewają jeden z hymnów wojny Rosji przeciw Ukrainie, „Oj u łuzi czerwona kałyna”. Starsi opowiadają, jak spędzili okupację i cieszą się, że do miasta powróciła ukraińska władza. 


„Rosjanie mówili, że przyszli nas wyzwolić, a ja ich pytam: od czego? Od naszego spokojnego i dobrego życia? Przynieśli tu samo zło i terror, człowiek bał się wychodzić z domu” – opowiadała jedna z kobiet. 


Plac Wolności to także jedyne miejsce w mieście, w którym działa telefonia komórkowa. Ludzie przychodzą tu, by porozmawiać z bliskimi. Niektórzy z nich nadal znajdują się na terytoriach, które wciąż okupuje Rosja. 


„Od kilku dni staram się dodzwonić do rodziców na drugim brzegu Dniepru, który zajmują Rosjanie. Nie odpowiadają i bardzo się tym martwię” – wyznała dziewczyna, która nerwowo uderzała palcem w ekran telefonu. 


„Ale mam też nadzieję, że wieś moich rodziców niedługo zostanie wyzwolona tak jak Chersoń. Wtedy ich zobaczę. Nie widziałam mamy i taty od 9 miesięcy” – oznajmiła. 


Tydzień po wyjściu wojsk rosyjskich w Chersoniu nie ma bieżącej wody ani światła. Większość sklepów jest pozamykana. Władze wojskowe i służby powoli przywracają mieszkańcom miasta normalność, utraconą podczas rosyjskiej okupacji. Trwała ona 8 miesięcy. 

źródło: PAP, fot. Getty Images/NurPhoto/Artur Widak
Więcej na ten temat