Bezdomność. O tych, których „nie widzimy” albo raczej widzieć nie chcemy

Bezdomność. O tych, których „nie widzimy” albo raczej widzieć nie chcemy, fot. PAP/Darek Delmanowicz
Bezdomność. O tych, których „nie widzimy” albo raczej widzieć nie chcemy, fot. PAP/Darek Delmanowicz
podpis źródła zdjęcia

Przejeżdżając przez centrum w Warszawie zauważyłam kiedyś ogrom ludzi, którzy stali w jednej, dużej grupie. Nie ukrywam, zainteresowało mnie to wydarzenie. Dworzec Centralny ma to do siebie, że jest zatłoczony, jednak nigdy nie widziałam tam aż tyle osób. Dowiedziałam się, że to jedno z poniedziałkowych działań organizacji działającej na rzecz osób bezdomnych „Daj Herbatę”. Zaczęłam ich obserwować w mediach społecznościowych, a moje zainteresowanie kwestią bezdomności znacznie wzrosło. Nie spodziewałam się, jednak, że tak bardzo mnie to dotknie.

Po kilku miesiącach obserwowania działalności fundacji, w komfortowych warunkach własnego pokoju, klikając jedynie kilka przycisków na telefonie, zdecydowałam się na to, aby zobaczyć to z bliska.

 

Nie ukrywam, wizja opuszczenia ciepłego mieszkania i zmęczenie po zakończonej tego dnia sesji nie przemawiały do mnie, jednak czułam, że właśnie tego potrzebuję.

 

Przyjeżdżam. Znowu widzę tłum ludzi przed dworcem i grupę wolontariuszy. Jest zimno, co daje się wyczuć pomimo kilku warstw odzieży na sobie. Trudno jest jednak narzekać, gdy jest się świadomym tego, że zima i temperatury minusowe są wyjątkowo trudne dla osób bezdomnych.

 

Tych, których widzimy na ławkach, w przejściach podziemnych, ale też tych, których nie widzimy. Oni nie mają ogrzewania, ciepłego ubrania czy kubka herbaty. W rzeczywistości często mają tylko siebie nawzajem, a ludzki wzrok, pełen pogardy, który nieraz skierowany jest w ich stronę z pewnością nie ogrzeje. A przecież tak dużo osób w kryzysie bezdomności to osoby starsze – trudno jest nam sobie wyobrazić, by nasze babcie i dziadkowie marzli w chłodzie, prawda?

 

Najbardziej przeraził i dotknął mnie fakt, że przed dworcem ponad 450 ludzi stało w kolejce po ciepły posiłek, książkę, gazetę, krzyżówki, ciepłe rękawiczki czy rzeczy pierwszej potrzeby. A w tle? Kasyno, luksusowy hotel, najdroższa ulica, galeria handlowa oraz apartamentowiec z mieszkaniami za blisko 23 miliony złotych.

 

Na dole – kolejka po zupę, którą mijają klienci z ogromnymi siatkami z sieciówek. Na górze – milionerzy zamawiają sobie sushi z dostawą pod drzwi. Ta myśl, jako jedna z wielu, została ze mną po tym wydarzeniu.

 

Na początku obserwuję „wydawkę” (tak nazywa się zgromadzenie ludzi w poniedziałek na Dworcu Centralnym, bo wydaje się tam jedzenie i niezbędne przedmioty) z daleka, później rozmawiam z seniorami (bo osoby bezdomne też spędzają czas w określonych grupach – z tego, co opowiadali mi wolontariusze, czasami się wie, gdzie kogo na wydawce szukać – są to naprawdę zgrane paki!), daję smaczki jednemu z psów w najsłodszym sweterku.

 

Potem podchodzę do stoiska z książkami, które ogromnie mnie wzrusza. Słyszę, że to „namiastka normalnego życia”. Książka dla tych osób ma być sposobem umilenia życia w bezdomności – oni wracają do miejsc, w których spędzą kolejną noc. Nie są to ich domy.

 

Przysłuchuję się rozmowom, dyskutuję o książkach i nowych artykułach w magazynach. Wyłapuję rozmowy między kumplami czy z wolontariuszami. Na przykład takie:

 

„Zapytałem, czy jest Mróz? Usłyszałem, że tak, to wziąłem, przyda się – ani ja nie czytałem, ani ty.”;

 

„Ależ ja kocham czytać książki!”

 

Ludzie szukają konkretnych gatunków, konkretnych autorów czy doświadczeń. Duży popyt na kryminały wśród mężczyzn, romanse wśród kobiet, a krzyżówki to gwiazdy stoiska z książkami. Podobnie z magazynami.

 

Nagle z myśli o książkach wyrywa mnie stwierdzenie: „nie było mnie tu 4 lata i, proszę pani, nie było takiej kolejki”.

 

Pytam wolontariuszki o realia, czy naprawdę problem się nie zmniejsza, a wręcz przeciwnie – bezdomności jest coraz więcej? Okazuje się, że tak. Gdy akcja ruszała 13 lat temu, nie było takiej kolejki.

 

Dziś jest inaczej. Osoby w kryzysie bezdomności przekazują sobie informacje o takich działaniach, bo chcą sobie nawzajem pomóc. Nie bez znaczenia są też, a może i głównie, media społecznościowe. Przyczyniają się do tego, że więcej osób dowiaduje się o inicjatywie, więcej osób chce ją wesprzeć, więcej osób „zrobi kanapki” i je przyniesie, więcej osób przyjdzie pomóc. 

 

Jeżeli chodzi o wydawane jedzenie, to kolektywna praca – jakąś część przynoszą dobroczyńcy, inną – organizacje. Są też oczywiście wolontariusze. Są ciepłe dania, paczki na wynos, przekąski, jest jedzenie dla zwierząt. Z pozoru może wydawać się to dosyć chaotyczne – tłum ludzi, środek miasta, gwar. A jak jest w rzeczywistości? Każdy potrzebujący otrzymuje numerek, dzięki któremu kolejka ma ład i skład, a każdy wolontariusz wie, jakie ma zadanie.

 

„Przepraszam, wie może pani, czy mogłabym otrzymać dziś rękawiczki?” – zdanie to wyrywa mnie z obserwacji. Łezka zakręciła mi się w oku... Wiedziałam, bo wolontariusze wcześniej tłumaczyli, że po wydaniu jedzenia ustawia się osobna kolejka – na zapisy na rzeczy, których ludzie potrzebują, a są to choćby maszynki do golenia, czy konkretne ubrania.

 

Odpowiadam więc, że zapytam, co da się z tym zrobić, ale kolejka ustawi się po wydawce. Przekazałam prośbę o rękawiczki dalej, po chwili wróciła jedna z wolontariuszek z czerwoną parą naprawdę porządnych rękawic. Trochę szukania pani, która o nie prosiła, przymierzanie i ogromny uśmiech, gdy okazało się, że pasują.

 

Wydawka dobiegała końca, ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, inni – ustawiali się na wspomniane wcześniej zapisy. Wolontariusze zaczęli się ze sobą żegnać. Odchodzę więc i ja.

 

Jeszcze długo myślałam o tym, co zobaczyłam, o tym, że wracam do ciepłego mieszkania, a oni – sama nie wiem, dokąd.

 

Wydarzenie to skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, jak wygląda sytuacja osób bezdomnych w moim rodzinnym Wilnie. Skontaktowałam się z Ingridą Radzevičė, która jest dyrektorką Centrum Socjalnego „Betanija”, należącego do Caritas.

 

Emilia Kuncewicz: Jak wygląda pomoc osobom bezdomnym w Wilnie?

 

Ingrida Radzevičė: Jeśli mówimy o całej organizacji Caritas Archidiecezji Wileńskiej, to Caritas ma dom tymczasowy, w którym mogą przebywać i mieszkać osoby w kryzysie. Dom tymczasowy przyjmuje zarówno mężczyzn, jak i kobiety, ma pomieszczenia na ulicy Šv. Stepono i na ulicy Odminių.

 

Mamy też centrum socjalne „Betanija”, w którym świadczymy usługi: można tam zjeść, wziąć prysznic. Są też wydarzenia społeczno-kulturalne: edukacja, lekcje muzyki, lekcje sztuki itp. Ponadto można również uzyskać pomoc od pracownika socjalnego, prawnika, psychologa.

 

Jak wygląda przyjęcie do domu tymczasowego?

 

Osoba, która nie ma miejsca zamieszkania, przychodzi do nas. Najpierw odbywa się konsultacja z pracownikiem socjalnym. Odpowiadamy na konkretne pytania, ale sprawdzamy też, czy nasz dom jest brany pod uwagę. Istnieją również schroniska miejskie, w których takie osoby mogą się zatrzymać.

 

Za samo mieszkanie też trzeba płacić. Jeżeli ktoś otrzymuje pomoc socjalną, łatwiej się wprowadzić. Jedynym i największym problemem bezdomnych w kwestii zamieszkania w domach tymczasowych jest to, że nie mogą tam spożywać alkoholu.

 

Jest to monitorowane i kontrolowane, dlatego niestety ludzie uzależnieni często wybierają życie na ulicy. Trudno się im dziwić – nam wydaje się to złem, ale zimą to ich sposób na przetrwanie, by nie zamarznąć...

 

Czy dużo osób zgłasza się po pomoc?

 

Jeśli chodzi o „Betaniję”, przychodzi do nas około 200 osób dziennie – mogą zjeść w każdy dzień roboczy, spędzić u nas czas, ogrzać się.

 

Co to za ludzie?

 

Historie są przeróżne – od utraty bliskiej osoby i niemożności poradzenia sobie z tym, przez wpadnięcie w bagno narkotyków lub alkoholu, po utratę otoczenia, przyjaciół, miejsca zamieszkania, aż po wylądowanie na ulicy.

 

Często są to osoby wychodzące z więzienia, które straciły swoich bliskich po długim okresie pozbawienia wolności. Niektórzy trafiają na ulicę z powodu choroby psychicznej – podpisują dokumenty bez wiedzy i zrozumienia, przez co tracą mieszkanie. Jest wiele historii, ale każda historia jest inna, nawet jeśli niektóre aspekty są podobne.

 

Z jakimi problemami borykają się ci ludzie?

 

Bezdomności często towarzyszą pewne uzależnienia – alkohol, narkotyki, inne substancje psychotropowe – i choroby psychiczne, nieumiejętność poradzenia sobie z własną sytuacją. To są podstawy, za którymi idzie cała reszta.

 

Bezdomni to tylko ci, których widzimy na ulicach?

 

Są dwa rodzaje bezdomności: widoczna bezdomność, czyli to, co widzimy na ulicy, ludzie żebrzący, proszący o jałmużnę, szukający czegoś w śmietnikach.

 

Jest jedna również bezdomność niewidoczna, gdy ludzie mieszkają np. w opuszczonych domach. Nie chcą być widziani publicznie, starają się przetrwać w kontenerach, ale nie robią tego w sposób aktywny, publiczny, organizują się we własne społeczności, znajdują krąg przyjaciół żyjących na ulicy i starają się wspólnie rozwiązywać problemy, które mają.

 

Do samego końca każdy chce przecież walczyć o zachowanie godności, możliwości bycia człowiekiem, normalnym obywatelem społeczeństwa – istnieje strach przed byciem kojarzonym z bezdomnymi. To naprawdę bardzo istotny czynnik.

 

Trudno też mówić o samej liczbie bezdomnych – na Litwie nie mamy uporządkowanego systemu rejestrowania osób doświadczających bezdomności. To, co obecnie robi Litwa, to rejestrowanie osób, które otrzymują schronienie lub które przychodzą do urzędu, aby być wpisane jako osoby bezdomne. Jednak wiele osób nie żyje publicznie, nigdzie się nie zgłasza.

 

Brzmi to niezmiernie dołująco. Są może jakieś historie, które dają nadzieję?

 

Jedną z historii sukcesu, z jakimi spotkałam się w swoim doświadczeniu zawodowym, jest historia kobiety, która po stracie rodziców zaczęła pić alkohol, a jej partner zaczął stosować wobec niej przemoc.

 

W tak dramatycznej sytuacji wydawało się jej wtedy, że najlepszym wyjściem jest wyjście na ulicę, opuszczenie partnera i rozpoczęcie innego życia.

 

Kiedy znalazła się na ulicy, zdała sobie sprawę, że to bardzo trudne – znalazła towarzystwo, które miało złe nawyki i żyła tak przez kilka lat, dopóki nie przyszła do naszego ośrodka, dopóki się nie poznaliśmy – wtedy wszystko zaczęło się zmieniać.

 

To nie była kwestia miesiąca czy dwóch, a prawie 1,5 roku codziennej pracy, spotkań, rozmów. Oczywiście wyjście na prostą nie jest łatwe – były pewne rozczarowania, kiedy wracała na ulicę, ale w końcu znalazła pracę i miejsce do życia, i z powodzeniem porzuciła dawne życie oraz swoje stare więzi.

 

Bardzo ważne było to, że codziennie otrzymywała wsparcie pracownika socjalnego na swojej drodze, który pomagał jej wrócić na właściwe tory. Teraz, w naszym centrum społecznym, pracuje dla nas ta właśnie kobieta, która dziś obdarza miłością i uwagą tych, którzy są tam, gdzie ona kiedyś była.

Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Fot. PAP/Łukasz Gągulski

Rozmowa ta pozostawiła mnie z pewnego rodzaju zadumą – z jednej strony, przepełnia mnie nadzieja, że istnieją organizacje i miejsca, które nie pozostają obojętne na ten dramat. Z drugiej strony jestem świadoma, jak ogromna jest skala problemu i niesprawiedliwości, szczególnie w dzisiejszym kapitalistycznym świecie, pełnym nierówności społecznych.

 

Poznanie z bliska życia osób w kryzysie bezdomności sprawia, że stajemy się na tę sytuację o wiele bardziej wrażliwi. Nagle nie jest to problem oddalony od nas, taki, którego nie dostrzegamy – staje się czymś, co zauważamy na każdym kroku. Bo tym też, w pewnym sensie, kryzys bezdomności może być – może dotknąć każdego. Ponieważ, stroniąc od popularnej i błędnej narracji, bezdomność wyborem nie jest. 

źródło: TVP Wilno/Emilia Kuncewicz, fot. PAP/Darek Delmanowicz
Więcej na ten temat