Gdy w 1987 roku młoda łódzka wiolonczelistka Zenona Ślązak ruszała za mężem do Biszkeku, była przekonana, że będzie jedyną Polką w tym górzystym kraju. Związek Radziecki chylił się ku upadkowi, a strach przed przyznaniem się do polskich korzeni powoli mijał. Wtedy z cienia kirgiskich gór zaczęli wyłaniać się inni – potomkowie konspiratorów, ofiary stalinowskich deportacji i dzieci żołnierzy Andersa. Ocalili polskość w najbardziej nieprawdopodobny sposób: w zapomnianych modlitwach i zapachu chleba.