Przez większość życia traktowałam łaźnię na równi z piekarnikiem. No, da się wytrzymać w niej kilka minut, ale potem równie dobrze można włożyć tam kurczaka na obiad. Najgorsza wizyta w moim życiu była w łaźni napalonej tak, że po wejściu nie byłam w stanie złapać oddechu. A kiedy zostałam chłośnięta po plecach rozgrzaną miotełką z witek, to wybiegłam z wrzaskiem, rozumiejąc, co czuli ci, o których uczyłam się na lekcjach historii, a którzy z jakiegoś powodu zdecydowali się na samospalenie.